Często spotykam się z opiniami, że nie ma sensu kupować nowego samochodu. Niech lepiej jakiś frajer weźmie na siebie utratę 40-60 procent wartości samochodu w ciągu pierwszych kilku lat, a potem taki Janusz czy inny Euzebek chętnie od frajera samochód odkupi.

Można Euzebkowi tłumaczyć, że przecież nowy samochód ma gwarancję.

I co z tego? Żeby bulić za serwis i części? Pan Miecio by to zrobił, ale jeszcze nie ma takiego komputera. 

Można wyjaśniać Januszowi, że przecież jest finansowanie, pakiety serwisowe, a samochodu nie trzeba nawet potem wykupić. Można zamienić na nowy.

Samochód ma być mój, bo ja za niego płacę. Będę serwisował u pana Miecia, on to wszystko potrafi drucikiem naprawić. 

I potem Euzebek z Januszem się dziwią, że samochód naprawiany drucikiem już nie wytrzymuje dwóch milionów kilometrów, jak kiedyś Mercedes W124. Przy okazji zapominają, że taki W124 był hołubiony bardziej niż kochanka, bo był deficyt części. Dziś Euzebek wsiada do firmowej Jetty, but w podłogę, turbina rozgrzana do czerwoności, a potem zatrzymuje się w MakDolcu i dziwi się, że turbo nawet 50 tysięcy kilometrów nie wytrzymało.

I jeszcze ten jebany dwumas!

Jak szarpiesz samochodem, zamiast jechać płynnie, to dwumas też będzie do wymiany.

Przy tego typu kalkulacjach najgorzej wypadają samochody z segmentu A. Golas kosztuje 30-35 tysięcy, a lepiej wyposażony egzemplarz 40-45 tysięcy złotych. Zapewne wielu z Was widząc takie kwoty chętnie sprawdzi na Allegro, co można za to kupić na rynku wtórnym. Zawęziłem kryteria wyszukiwania do samochodów używanych, bezwypadkowych, od pierwszego właściciela, zarejestrowanych w Polsce i serwisowanych w ASO. Cena od 35 do 45 tysięcy.

Wychodzą Kugi, Tiguany, Meganki, trójki, nawet jakaś piątka mignęła, A6… A z zabytkowych jest na przykład XJ Serii III. I jak tu będąc przy zdrowych zmysłach kupić Suzuki Celerio?

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.